Na studiach umiałem policzyć p-wartość. Nie umiałem jej wytłumaczyć drugiemu człowiekowi bez odsyłania do wzoru. To dwie różne umiejętności i dopiero z czasem dotarło do mnie, jak bardzo się od siebie różnią.
Zrozumiałem to naprawdę dopiero wtedy, gdy przestałem myśleć o p-wartości jako o wyroku 'istotne / nieistotne', a zacząłem myśleć o niej jak o pytaniu: jak bardzo zaskoczony powinienem być tym wynikiem, gdyby w rzeczywistości nic się nie działo? Niska p-wartość to nie dowód, że mam rację. To sygnał, że przypadek musiałby się nieźle postarać, żeby wytłumaczyć to, co widzę.
To małe przesunięcie w myśleniu zmieniło sposób, w jaki czytam wyniki badań — swoje i cudze. Przestałem szukać magicznej granicy 0,05 jak linii mety. Zacząłem pytać, co dokładnie ten wynik mi mówi, a czego nie mówi wcale.

Dodaj komentarz